Cena życia
niedziela, 07 lutego 2010 20:22
kotiuk_0

4 kwietnia 2009 hamburski frachtowiec "Hansa Stavanger" dowodzony przez polskiego kapitana Krzysztofa Kotiuka wpłynął na wody między Kenia, Somalią a Seszelami. 100 mil morskich od Seszeli, a 400 do Mombasy, portu docelowego. Kapitan 24-osobowej załogi widzi zbliżającą się łódź z uzbrojonymi po zęby ludźmi.

Po próbie ucieczki wie, że nie ma szans.

Nie wpuści somalijskich piratów na pokład, to skaże na śmierć siebie i załogę. 4 miesiące życia w nieustannym zagrożeniu. Trzydziestu bandytów postanowiło wymusić okup. Średnio to 2 mln. $ za statek! Świetnie zorganizowana, bardzo brutalna mafia! Handel ludźmi, bronią, narkotyki, terroryzm. Szacuje się ich na 3.200 ludzi z bazami w Kenii, Południowej Afryce, Indiach i Europie.

Z kapitanem Krzysztofem Kotiukiem i jego małżonką rozmawia Anna Bulik.

Anna Bulik - Czy w ciągu 30 lat pływania przyszło Panu do głowy, że padnie Pan ofiarą piractwa?

Kapitan Krzysztof Krotiuk - Przed tym rejsem odpowiadałem z uśmiechem, że nie wierzę, iż piraci napadną właśnie mnie.

A.B.A jednak rozpoznał Pan od razu, że ta właśnie łódź stanowi zagrożenie?

K.K. – Widziałem ją na radarze. Poruszała się z dużą prędkością, ponad 26 węzłów, jakby czekała na nas na kursie. Na oceanie łódeczka z taką prędkością nie może być rybacką łodzią i dlatego od razu wydałem rozkaz ucieczki. Myślałem, że może być szansa, że w pobliżu znajdują się statki wojenne i helikoptery, ale po skontaktowaniu się z antypirackim centrum w Dubaju okazało się, że najbliższy wojenny statek w naszym pobliżu znajduje się w odległości dnia drogi od nas. W tym momencie wiedziałem już, że jesteśmy zdani tylko na siebie. Wydałem rozkaz załodze by zgromadziła się w bezpiecznym miejscu, a ja z dwoma oficerem podjęliśmy przepisowe działania; - sygnały alarmowe, informujące cały świat, że zostaliśmy zaatakowani, następnie kontakt z armatorem. To trwało sekundy. Nasz statek jest powolny, płynie do 17 węzłów i nawet płynąc na maksymalnych obrotach, ryzykując, że się maszyna rozleci nie daliśmy rady. Dopadli nas szybko. Żądali, by się zatrzymać, nie daliśmy żadnego znaku, i wtedy zaczęto strzelać. Nie zatrzymałem statku. Podpłynęli wiec do burty i wystrzelili z RPG, ręcznej wyrzutni rakiet. Pocisk eksplodował, zaczęła się palić moja kabina i kabina drugiego mechanika.

A.B.Trzeb było się poddać.

K.K.K– To nie ja. Dalej uciekaliśmy zygzakiem, żeby nie stracić szybkości i zrobić falę, która uniemożliwi im dojście do burty. Nagłe skręty i statek jakby odepchnął łódź od nas. Piraci dostali dodatkowo z dziobu dużą falę i z ulgą zobaczyłem, że ich łódz została odrzucona na jakąś milę. Antypiracka Centrala w Dubaiu, już gratulowała telefonicznie wygranej walki. Jednak radość była krótka. Zaatakowali z lewej burty i scenariusz się powtórzył. Ostrzał z kałasznikowów i następna rakieta. Eksplozja nie była tak silna jak poprzednia. Następnie trzecia, od rufy, w mostek kapitański. Mała fala podbiła ich w górę. Rakieta rozerwała się tuż nad mostkiem, nad naszymi głowami. Gdyby nie to, już byśmy nie żyli.

Bezpośrednio po tym strzale zarzucili drabinę. Burta była zadrutowana i posmarowana smarem, puszczone zostały strumienie wody pod ciśnieneim, ale i tak z łatwością weszli na statek. Gdy pierwszy uzbrojony napastnik pojawił się na pokładzie wydałem rozkaz – maszyny stop. Nie mogłem stwarzać większego zagrożenia dla załogi. Zaczęli strzelać w szyby mostka. Strzał musnął mi czubek głowy, poczułem, że śmierć przeleciała o parę milimetrów nade mną. Wtargnęli na mostek z bronią maszynową. Zażądali zbiórki całej załogi i pełnej listy ludzi na statku. Widząc że jest wśród nas pięciu Niemców stwierdzili  – „Będą pieniądze!”

A.B.Jacy byli napastnicy?.

K.K.K – Somalijczycy, czarni jak smoła, wysportowani, ale niezmiernie szczupli, jakby zagłodzeni. Ubrani w czarne ubrania sportowe, kałasznikowy, kilka pasów z nabojami. Jeden z nich miał RPG i jeszcze dwa granaty. Ta piątka stanowiła grupę  szturmową. Widać było, że byli bardzo dobrze wojskowo wyszkoleni. Akcja była dobrze przygotowana, dobrze znali statek i jak się na nim poruszać. Rozmawiali po arabsku, do nas zwracali się łamanym angielskim. Możliwość komunikacji była bardzo ograniczona, co przy ich agresywności powodowało niesamowite napięcia i zagrożenia. Trzeba było natychmiast ugasić pożar, który rozprzestrzeniał się już na cały statek. Walczyliśmy z ogniem 6 godzin, pilnowani nas z odbezpieczoną bronią.

Spłonęły doszczętnie dwa pietra. Z mojej kabiny zostały tylko resztki popiołu. Zaraz po akcji nas obrabowano, zabrano wszystkie wartościowe rzeczy. Ja swoją obrączkę i kapitański sygnet uratowałem, chowając je do doniczki z kwiatkiem w mojej kajucie.

Zebrano nas na mostku i wyznaczono strefę na nasze posłania.

A.B.Znaleźliście się w niewoli.

K.K.K – Po kilkunastu godzinach przebywania całej załogi na mostku, z trudem ich przekonałem, że część załogi musi podjąć pracę w maszynowni, gdyż w innym wypadku statek przestanie działać. Zgodzili się. Rozkazali skierować statek do Harardere. Było ok. 400 mil do przepłynięcia. W trakcie nocnego rejsu podpłynęły do nas fregata „Karlsruhe”. Piraci zgonili nas na pokład i ustawili jako „żywe tarcze”, sygnalizując, że każda próba interwencji zakończy się rozstrzelaniem nas. Tę informację musiałem przekazać fregacie sam. U brzegów Harardere na pokład weszło około 30 nowych piratów, wśród nich tłumacz i negocjator, który zaraz przystąpił do pertraktacji. Zażądali 15 mln. $., ale szybko zniżali zadania. W końcu  wykupiono nas za  2,75 mln. dopiero ... 3 sierpnia.

A.B.A co w tym czasie działo się działo na statku?

K.K.K – Ciągły strach przed śmiercią. Ci ludzie z stale odbezpieczoną bronią byli w stosunku do nas niesłychanie agresywni jakby podnieceni, w niesamowitym stresie.

Zuli Khad, miejscowy narkotyk, kłócili się o coś, darli się przez telefony komórkowe słuchając przy tym niesamowicie głośnej muzyki. Podstawiali nam, co chwila pod nos filmy na handy przedstawiające sceny potwornych egzekucji. Ciągły czas chaos i terror.

Jedzenie, spanie, mycie, pojście do toalety, możliwe było tylko za ich zgodą i pod kontrolą. Poddawano nas pozorowanym egzekucjom. Sadzano wszystkich w półkolu, mnie na środku, naprzeciw CKM wycelowany we mnie. Nie było tłumacza, więc nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Wybrano np. 19-letniego Stevena. Zaklejono mu oczy taśmą i wyprowadzono. Usłyszeliśmy dwa strzały. Za chwile i mnie wyprowadzono. Na rozżarzonym pokładzie kazano mi uklęknąć. Widziałem leżącego obok Stevena. Byłem przekonany, że nieżyje. Zapytano czy chcę napisać ostatni list do żony, albo zapalić papierosa? Zapytałem czy są bandytami, którzy chcą zabijać, czy terrorystami, którzy chcą zarobić pieniądze. Na to dowódca grupy uśmiechając się wyjął z kabury pistolet, zakrył sobie ręką oczy i wystrzelił do mnie. Kula przeleciała mi koło głowy. Podszedł do mnie i zabieg powtórzył. Inni skwitowali to gromkim śmiechem. Choć uświadomiłem sobie, że jest to tylko straszenie, jednak siły mnie opuściły i cały, zlany byłem potem.

Kazano mi nawiązać kontakt z armatorem. Na mój meldunek o sytuacji usłyszałem, że armator wie, co robi. Mogłem się jedynie rozpłakać.

A.B.Pani Bożeno jak Pani przeżyła te straszne dni? (pytam żonę Kapitana Kotiuka)

Bożena Krotiuk - Pierwsze dwa miesiące byłam lojalna wobec armatora i sztabu kryzysowego. Nie chciałam spowodować dodatkowego zagrożenia dla negocjacji. Po trzech miesiącach bez żadnych efektów, moja wytrzymałość nerwowa wyczerpała się i poinformowałam media z nadzieją, że taki nacisk zdynamizuje działania armatora. Wiedziałam, że w innym przypadku mąż zostanie zabity przez piratów, albo umrze z głodu. Armator zapewniał, że załoga jest zaopatrywana w żywność, ale wiedziałam od męża, że odżywiają się tylko ryżem z mlekiem w proszku i piją wodę z cieknących urządzeń klimatyzacyjnych.

A.B. - Dlaczego te negocjacje przebiegły tak niemrawo?

K.K.K – Armator miał doradców ubezpieczeniowych z Anglii, do tego urzędnicy z Bundeskriminalamt oraz specjaliści rządowi. Zastanawiali się jak by zapłacić jak najmniej a najlepiej w ogóle nie zapłacić okupu. Tłumaczyłem, pokazywałem błąd, przekazywałem żądania tej mafii, by jak najszybciej doszli do porozumienia. Niestety! Armator milczał, widział to inaczej. Dlatego tez, te pertraktacje nie miały końca. Chciano może skruszyć piratów, albo by jednostka GSG9 nas odbiła. Nie wiem tego dokładnie, ale przypuszczam, że grano „na zwłokę”. Najgorsze, że okłamywali nasze rodziny, że dbają o załogę. To oczywiście nie było prawdą. Niebyło żadnej możliwości, do jakiegokolwiek transportu z dostawą żywności. Według zapewnień armatora akcja wykupu załogi miała trwać najwyżej 8-12 tygodni.

A.B.Zapłacono po czterech miesiącach!

K.K.K - Pierwszy termin, 31 lipca nie doszedł do skutku, bo szef piratów był w sztok pijany. Świętował otrzymanie jakiegoś innego okupu. Nowy termin wyznaczono na 3 sierpnia. Po sprawdzeniu czy wszyscy z załogi żyją, pieniądze przekazano samolotem startującym z Dschibuti. Pojemniki zrzucono do wody w niewielkiej odległości od statku. Po wyłowieniu go przez piratów musiałem osobiście wraz z drugim oficerem je przeliczyć, bo .... piraci  nie umieli liczyć. Było dokładnie 2,75 mln. $. Po podziale pieniędzy między sobą, piraci bojąc się ataku, pospiesznie wyjeżdżali grupami na ląd.

A.B.W końcu byliście wolni?

K.K.K – Gdy ostatnia łódź odbiła od burty, skontaktowałem się z niemieckimi fregatami „Rheinland-Pfalz”i „Brandenburg”.

Z ich pokładu wystartował natychmiast helikopter z pierwszą grupą antyterrorystyczną, która opanowała statek i sprawdziła czy nie ma jeszcze gdzieś ukrytych piratów, i dokonała kontroli statku, szukano broni i niewypałów. Potem dopiero dostarczono nam żywność, i medykamenty. Następnego dnia pod eskortą fregaty „Brandenburg” popłynęliśmy w kierunku portu Mombasa.

„Rheinland-Pfalz” zakończyła służbę i wróciła na zasłużony urlop.

A.B.A pańskie plany po tej makabrycznej przygodzie?

K.K.K - Nie czuję się jeszcze zupełnie zdrowy i w pełni sił. Zawsze z humorem podchodziłem do życia. Dziś jestem pod opieką lekarska, psychologa, psychiatry. Pomagają mi w powrocie do zupełnie normalnego życia. Ja nadal nie obawiam się piratów. Ja obawiam się, czy następnym razem, armatorzy zachowają się odpowiedzialnie w sprawie życia swej załogi! Nie płacąc ? – to wyrok śmierci dla załogi. Dziś rozwój piractwa jest wielki. Rozbudowuje się na cały świat. i jak na razie widać , piraci są zupełnie bezkarni. Nigdzie na świecie nie ma spokojnych wód. Bardzo głęboko zastanawiam się nad swoją przyszłością. Czy znów wyruszę w rejs? Jeszcze nie wiem.

A.B.Panie kapitanie! Napisał Pan książkę o tych dramatycznych wydarzeniach.

K.K.K - Książka została napisana na podstawie moich notatek, robionych na bieżąco w czasie całego uprowadzenia. To opisy faktycznego przebiegu każdego dnia, reportaż pokazujący codzienną rzeczywistość. To jakby mój prywatny dziennik okrętowy. Chciałbym, by ta książka pomogła ludziom dowiedzieć się prawdy!

Jak przebiegały negocjacje na lądzie? – nie jest mi dokładnie znane. Nikt mnie o tym nie infromował. Moje wniostki z otrzymywanych e-maili i faxów, oraz obserwacje sposobu prowadzenie tych negocjacji z piratami – to właśnie jest moja książka.

Zostanie wydana po niemiecku i zaprezentowana na targach wiosennych w Lipsku, a przed  tym ma być promowana w telewizji.

Tytuł, to „Wesołych Świąt Wielkanocnych Hansa Stavanger !” . Następnie chciałbym ją wydać po polsku, angielsku, a może i po rosyjsku, jeśli tylko znajdą się wydawcy.

Na zakończenie chciałbym mocno podkreślić, że moim zdaniem, skandaliczny system prowadzenia negocjacji przez armatora, doprowadził do wielu bardzo niebezpiecznych sytuacji! Nieudolność negocjatorów, ich lekceważenie piratów, gra na zwłokę - doprowadzała do nieprzewidywalnego wzrostu ich agresywności i w każdej chwili mogła skończyć się egzekucją nas wszystkich.

Już po przedstawionej  powyżej rozmowie rozegrał się ostatni, niechlubny akt tej historii . Kapitan Kotiuk, zapewne w ramach rekompensaty za pracę w trudnych warunkach, otrzymał od armatora w grudniu 2009 wymówienie „aus dringenden betrieblichen Erfordernissen”, czyli bez konkretnego uzasadnienia.

Krzysztof Kotiuk zakwestionował to wypowiedzenie i zażądał za poniesione szkody materialne i niematerialny odszkodowania w wysokości 38 tys. €. W połowie stycznia br. odbyła się przed hamburskim Sądem Pracy rozprawa. Armator Leonhardt & Blumberg nie tylko  nie chciał uznać tej sumy - proponując jedynie 12 tys. €, ale  równocześnie zarzucił Kapitanowi Kotiukowi współwinę za uprowadzenia statku. Kolejna rozprawa wyznaczona została na 4 maja br.

Jak widać, fair play nie należy oczekiwć nie tylko ze strony piratów.

Zdjęcia przedstawione przez kapitana Krzysztofa Kotiuka