Od czasu prapremiery w 1992 roku sztuka Janusza Głowackiego cieszy się zarówno na amerykańskich jak i europejskich scenach wielkim powodzeniem. Trudno się temu dziwić, ponieważ obok „Emigrantów” Mrożka i „Do piachu” Różewicza zaliczana jest do najlepszych polskich dramatów ostatnich lat. „...To taka komedia o rozpaczy” jak wyraził się o swojej sztuce Janusz Głowacki |
Jest to historia bezdomnych emigrantów, którzy wegetują w nowojorskim Tompkins Square Park. Policja regularnie przegania bezdomnych. Kiedy Saszy, rosyjskiemu Żydowi i Polakowi „Pchełce” udaje się przeżyć kolejną zimową noc pod gołym niebem, parę metrów dalej zamarza John, chłopak Portorykanki, Anity. John ma być bezimiennie pochowany w masowym grobie na obrzeżach miasta. Ta współczesna Antygona – Anita chce godnego pochówku dla swojego Johna i prosi o przysługę Saszę oraz Pchełkę. Mają oni wykraść ciało z kliniki, aby można było go pochować z należytym szacunkiem i rytuałem w parku, gdzie razem żyli. Kradzież zwłok ma nieoczekiwane następstwa.
Z inscenizacją „Antygony w Nowym Jorku” zmierzył się po raz kolejny Piotr Szalsza, artysta o wszechstronnych zainteresowaniach i osobowości twórczej: reżyser, scenarzysta, pisarz, publicysta, kompozytor, organizator projektów muzycznych, teatralnych i naukowych. Szalsza zadbał też o oprawę muzyczną i wspólnie z Hilde Böhm, o scenografię oraz kostiumy. Akcenty muzyczne wprowadzone przez reżysera, jak choćby ballada Okudżawy pt. „Modlitwa” potęgują nastrój refleksji, a zarazem groteski i czarnego humoru tak typowe dla Głowackiego. W roli Saszy obsadził Rosjanina (Jurija Dieza), Polaka grał Polak (Jurek Milewski), Anitę Austiaczka o chorwackich korzeniach (Bina Blumencron), a policjanta Austriak (Wolfgang Oliver). Ten celowy zabieg reżyserski nadał przedstawieniu dozę autentyczności i specyficznej, momentami gorzkiej zabawności. Surowa (dwie ławki, kontener i zwiędnięty krzak), a zarazem przemawiająca scenografia pozwoliła aktorom zaistnieć na scenie, którzy zwłaszcza w drugim akcie dali popis swoich umiejętności. Jurek Milewski, alias Pchełka był tak wiarygodny w swej roli, że odnosiło się wrażenie, iż emigracyjna bezdomność jest jego prawdziwą rzeczywistością. Sarkazm, tragizm i ironia to wcielenie Saszy, i takim był Jurij Diez w tej roli. Brawurowo zagrała swoją kwestię Bina Blumencron. Anita w jej wykonaniu, to wybuchowa mieszanka liryki, farsy i dramatu. Nie sposób nie wspomnieć Wolfganga Olivera jako policjanta. Ten reprezentant tak zwanego „zwyczajnego” świata z szyderczym wyrazem twarzy uzmysławiał widzom kruchość ich stabilnej egzystencji. "I w końcu tego roku na każdych trzystu nowojorczyków przypadać będzie jeden bezdomny. To by znaczyło, że dzisiaj w teatrze jest co najmniej jedna osoba, która niedługo znajdzie się na ulicy. I ta osoba dobrze wie, o kim mówię. Życzę Państwu miłego wieczoru". Tymi słowy policjant kończy przedstawienie, które doprawdy warto zobaczyć, bo - pomijając dobrą inscenizację i grę aktorską - jest ono bardzo na czasie i dotyczy także nas.
W Salzburgu, w „kleines theater” przy Schallmooser Hauptstr. 50 spektakl grany będzie jeszcze 20, 24 i 25 lutego.
Ewa Keller-Wielopolska |